Bento- pierwsze kroki
Mariolowy Projekt Bento. Wszystko zaczęło się od pudełka
Lunchbox.
Co Ci to mówi?
Pudełko z czymś dobrym zabranym ze sobą. Drugie śniadanie do pracy, kanapka, jabłko, może termos. Zwyczajna rzecz. Praktyczna. Codzienna.
Ale przecież pudełko może być również małym prywatnym światem zamkniętym na zatrzask. Czymś przygotowanym rano dla siebie albo dla kogoś bliskiego. Niby jedzenie, a jednak odrobina troski zabrana ze sobą na kilka godzin dnia.
A potem pojawiło się drugie słowo.
Bento. 🍱
I nagle zwykły lunchbox zrobił się jakiś inny.
Bo lunchbox to pudełko.
A bento?
Bento to mały rytuał.
Kilka smaków obok siebie. Kolory. Porządek. Małe porcje. Przegródki. Drobiazgi, dzięki którym zwyczajny posiłek przestaje być czymś wrzuconym naprędce do torby, a zaczyna być czymś, na co człowiek ma ochotę spojrzeć.
I właśnie wtedy moja rozmówczyni dorzuciła ze śmiechem jeszcze jedno słowo:
„I moja nadwaga. :)”
No dobrze.
Teraz zaczynało się robić naprawdę interesująco.

Bo próbowałam już chyba wszystkiego
Chciałabym coś zrobić.
Może trochę schudnąć.
Może nabrać kondycji.
Może po prostu poczuć się trochę lepiej we własnym ciele.
Tylko że…
próbowałam już chyba wszystkiego.
I pewnie wiele osób zna ten moment.
Kolejna dieta. Kolejne postanowienie. Kolejne „od poniedziałku”. Lista produktów dozwolonych, produktów zakazanych, ważenie, mierzenie, liczenie.
Aż któregoś dnia nie wydarza się nic szczególnie doniosłego.
Po prostu idziesz do Empiku.
I tam, na półce, stoi książka.
Ale nie taka, którą mijasz wzrokiem.
Ta błyszczy.
Sztywna oprawa. Piękna. Taka, że człowiek odruchowo chce ją wziąć do ręki.
Mówię Ci: mniam, mniam.
I to właśnie był moment, w którym poznałam bento.
Nie dieta. Zachwyt
To chyba najbardziej podoba mi się w początku tej historii.
Nie zaczęła się od wagi łazienkowej.
Nie zaczęła się od wyrzutów sumienia.
Nie zaczęła się nawet od decyzji:„muszę schudnąć”.
Zaczęła się od tego, że spodobała mi się książka.
A zachwyt bywa czasem znacznie lepszym początkiem zmiany niż poczucie winy.
Książką, która tak błyszczała z półki, okazała się „Lunchbox na każdy dzień. Przepisy inspirowane japońskim bento” Malwiny Bareły, autorki „Filozofii Smaku”. Wydanie książki ma twardą oprawę, a sama publikacja oprócz przepisów opowiada także o planowaniu posiłków, wykorzystywaniu sezonowych produktów, niemarnowaniu żywności i dobieraniu odpowiedniego pudełka. [empik.com], [sklep.filo…iasmaku.pl]
I zrobiło się jeszcze ciekawiej.
Malwina Bareła opisuje swoje podejście jako połączenie japońskiej filozofii bento z zachodnim meal prepem, czyli planowaniem i przygotowywaniem jedzenia. [sklep.filo…iasmaku.pl]
Czyli może wcale nie potrzebuję kolejnej „diety cud”.
Może potrzebuję pudełka.
Mariolowy Projekt Bento
I tak padło to określenie.
Trochę żartem:
Mariolowy Projekt Bento.
A zaraz potem okazało się, że wcale nie jest takie głupie.
Bo może nie chodzi o to, żeby rozpocząć następną heroiczną historię pod tytułem:
„Mariola się odchudza”.
Samo zdanie jest już trochę męczące.
Może tym razem chodzi o coś zupełnie innego.
O ciekawość.
Kupić ładne pudełko.
Nauczyć się komponować jego zawartość.
Zobaczyć, jak wyglądają rozsądne porcje.
Pobawić się kolorami.
Poszukać nowych smaków.
Przygotowywać coś dobrego do pracy.
I poczuć tę drobną przyjemność, kiedy w środku dnia otwierasz pudełko przygotowane specjalnie dla siebie.
Nie smutny listek sałaty patrzący samotnie w otchłań plastikowego pojemnika.

Jedzenie. Prawdziwe. Ładne. Dobre. Sycące.
Bo japońskie bento nie musi stać się kolejnym poligonem dietetycznym.
Wręcz przeciwnie.
Może być sposobem na odzyskanie przyjemności jedzenia, a jednocześnie na wprowadzenie do niego trochę porządku.
A kondycja?
Ona też przyjdzie.
Ale może również nie poprzez hasło:
„muszę spalić kalorie”.
Tylko:
wyjdę kawałek się przejść, bo chcę, żeby moje ciało znowu polubiło ruch.
Najpierw spokojnie. Bez wielkich deklaracji.
Bento.
Potem spacer.
Następnego dnia znowu pudełko.
Może trochę dłuższy spacer.
I obserwacja.
Co mi smakuje?
Po czym jestem najedzona?
Po czym dobrze się czuję?
Co lubię zabierać do pracy?
Jakie jedzenie sprawia, że po dwóch godzinach nie zaczynam nerwowo szukać czegoś słodkiego?
Nie walka z ciałem.
Poznawanie go.
Projekt Bento. Sezon pierwszy
I wtedy pojawił się jeszcze jeden pomysł.
Nie plan na pół roku.
Nie tabela rozpoczynająca się od poniedziałkowego pomiaru talii.
Tylko:
7 dni.
Taki mały eksperyment.
Śniadanie jak zwykle.
Do pracy obiad w duchu bento.
Produkty, które normalnie można kupić w Polsce.
Żadnych kulinarnych akrobacji.
Trochę koloru.
Trochę przyjemności.
Odrobina planowania.
Do tego łagodny ruch dla osoby, która nie zamierza trenować do maratonu, tylko odzyskać trochę kondycji i zaprzyjaźnić się z ruchem.
A potem zobaczymy.
Może ciało zacznie się zmieniać.
Może pewnego ranka człowiek założy bluzkę i pomyśli:
O… jakoś inaczej leży.
A może pierwszą zauważalną zmianą wcale nie będzie liczba na wadze.
Może będzie nią to, że człowiek zacznie czekać na moment otwarcia swojego kolorowego pudełka.
I wieczorem pomyśli:
„Ciekawe, co jutro zrobię do bento?”

Jeżeli wraz z tym spokojnie zacznie zmieniać się masa ciała i poprawiać kondycja, tym lepiej. Jeśli celem jest redukcja masy ciała, jej tempo i sposób warto traktować rozsądnie, a przy problemach zdrowotnych uzgodnić to z lekarzem lub dietetykiem.
Ale nie odbierajmy sobie po drodze radości.
Bo „Lunchbox na każdy dzień. Przepisy inspirowane japońskim bento” Malwiny Bareły naprawdę istnieje, a jej opis bardzo dobrze pasuje do początku tej naszej historii: codzienne posiłki, łatwo dostępne składniki, sezonowość, planowanie i estetyka inspirowana bento. [empik.com]
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od spaceru między półkami w Empiku.
Od twardej oprawy.
Od książki, która błysnęła z półki.
Od jednego:
„Mniam, mniam…”
A potem od niewinnego pytania:
Lunchbox. Co Ci to mówi?
Dzisiaj już wiem.
Mówi mi:
Mariolowy Projekt Bento. 🍱🌿
Bez wielkiej rewolucji.
Bez wojny ze sobą.
Z ciekawością.
Z odrobiną ruchu.
Z czymś pysznym zamkniętym w pudełku.
I z jedną zasadą, której będziemy pilnować od pierwszego dnia:
Nie będziemy głodni. 🙂


